Pamiętacie tę kocią rodzinkę mieszkającą na naszej działce?
Niestety rodzinka niedługo była szczęśliwa, sześć z siedmiu maluchów skończyło swoje króciutkie kocie życie, albo przeszkadzały jakimś działkowcom i zostały podtrute, albo zabił je jakiś wirus :(
Z całej wesołej ekipy została matka i jeden maluszek.
Maluszek zaczął zachowywać się zupełnie inaczej niż wcześniej, kotki były płochliwe, chętnie nas obserwowały ale w żadnym wypadku nie pozwalały się dotknąć ani nawet zbytnio zbliżyć, a to maleństwo gdy zostało już samo, postanowiło się z nami zaprzyjaźnić, a dokładniej z naszym fotelem w działkowym domku; spędzało na nim większość dnia, kiedyś kicia została nawet na noc. Potem zaczęła wskakiwać mi na kolana i tam drzemać.
Ale zbliżał się koniec wakacji i tym samym koniec naszego pobytu na działce, gdy pakowaliśmy się i zbieraliśmy do domu kicia cały czas nas obserwowała i najwyraźniej nie planowała opuszczać fotela. Ponieważ nie miałam sumienia koteczka z fotela wyrzucać i zostawić na pastwę losu, a wspomnę tu, że maluch był strasznie wychudzony i na zdrowego nie wyglądał, kicia znalazła się z nami w domu.
Po wizycie u lekarza okazało się, że jest strasznie wyniszczona i zarobaczona, teraz jest już duuużo lepiej i zaczyna pomału przybierać na wadze.
Ponieważ była domkiem dla olbrzymiej ilości robali wołałam na nią śliwka-robaczywka, a że z robakami już sobie poradziliśmy (prawie) więc kotka nie przezywam i została nazwana Mirabelką, wszystko się zgadza bo kocia mama zostawiała na noc całą siódemkę maluchów zwiniętych w jeden kłębek u nas na działce blisko starej śliwy-mirabelki.
Reasumując, bo coś za dużo już piszę, Mirabelka mieszka z nami i ma się całkiem dobrze. Jest przekochana i przesłodka, oto ona :)))
pa pa pa
ps. dziękuję za wszystkie Wasze miłe słowa :)


















